Wszyscy śpią z deskami (24.05.1991 GW)

Artykuł pochodzi z dodatku Gazeta Stołeczna na weekend, który ukazał się w maju 1991 roku.

Jedenastoletni Filip jest rekordzistą – do sklepu ze sprzętem skateboardingowym na Smolnej 14 w Warszawie przychodził codziennie przez dziewięćdziesiąt trzy dni, nie licząc niedziel. Wreszcie rodzice zlitowali się. Dziewięćdziesiątego czwartego razu przyszedł z dwoma milionami i kupił sobie wymarzoną deskę.

Sprzęt marki Vision

Vision 1400
(fot. Sławek Bruź – on je wciąż ma w tym kartonie)

Matka dwunastolatka, która przyszła z synem na godzinę przed otwarciem sklepu, by kupić zestaw firmy  Vision za 1,5 mln zł, opowiada jak była zdumiona, gdy zobaczyła, że chłopak sypia z deską prawie metrowej długości. Myślała, że to niebezpieczne, ale syn wyjaśnił jej, że wszyscy chłopcy z klasy śpią z deskami. Druga matka. z amarantową deską pod pachą, też przyszła wcześniej, aby rozmówić się z właścicielem sklepu. Syn ukradł połowę jej pensji, po czym wydał ją w tym sklepie. Musi deskę zwrócić, ma jeszcze dwoje dzieci, wychowuje je bez męża, a jest połowa miesiąca. Matka dwunastolatka, który sypia z deską, radzi jednak matce, która przyszła z deską pod pachą, żeby sprzętu nie oddawała:

Wymień pani deskę amerykańską, na tajwańską, bo jest o wiele tańsza, a zapobiegniesz pani złu. Lepiej niech chłopaki jeżdżą na deskach, niżby mieli wąchać butapren. Ja już rozmawiałam z panią pedagog, deska jest korzystniejsza.

U Jerzego Wazdeckiego, w sklepie ze sprzętem do skateboardingu szwedzkiej sieci „Street Style” jest 100 rodzajów deskorolek najlepszych firm: Povell and Peralta (pisownia oryg., przyp. skatehistoria.pl), Vision, Santa Cruz itd. Najtańsza deskorolka, z potrzebnymi dodatkami, kosztuje milion 600 tys., najdroższa – dwa i pół miliona. Jerzego Wazdeckiego odwiedzała niejedna zapłakana matka, mówiąc, że syn wyniósł z domu złotą obrączkę albo pierścionek. Jerzy Wazdecki musi więc kobiety uspokajać i tłumaczyć, że skateboarding, czyli jazda na deskorolce to pozytywny narkotyk.

Historia Polskiej Deskorolki

Która z grafik Powell Peralta jest straszniejsza?

Całe życie nastoletnich „skejtów” toczy się wokół deski. Rozmawiają o urodzie desek (bo różnią się one między sobą „concave„, „base plate” i „spacerem” ?!); zastanawiają się, który rysunek na desce jest straszniejszy: biała trupia czaszka ze złotymi skrzydłami czy rzucający błyskawice żółty smok ze skrzydłami nietoperza; chwalą się, kto już umie skoczyć wzwyż (bo podczas jazdy trzeba odbić się z deski przed poprzeczką i zeskoczyć na nią za poprzeczką); oceniają, że zjechać po poręczy mostu Poniatowskiego, to jest sukces.

Jarek mówi, że rodzice zafundowali mu deskę, ale na modną kurtkę z kapturem i z wizerunkiem smoka, pożerającego kobietę – musiał zarobić sam. Hodował więc białe szczury, które sprzedawał przed sklepem zoologicznym. Teraz chciałby mieć trzy czarne chusteczki w trupie czaszki, bo dobrze jest przewiązać chusteczką czoło, przegub i pasek przy spodniach. W dobrym stylu jest mieć na sobie rzeczy różnej długości – tak żeby podkoszulek wystawał spod kurtki. W ogóle im więcej na „skejcie” powiewających chusteczek – tym lepiej.

Wszyscy śpią z deskami - Historia Polskiej Deskorolki

Borek z nogą w gipsie w asyście Rodneya Mullena
(fot. Jerzy Szczęsny)

Dziesięcioletni Paweł miał problem. Mistrz „free stylu” (na zdjęciu – obok chłopaka ze złamaną lewą nogą) dwudziestopięcioletni Rodney Mullen, który stracił już wszystkie zęby i przyjechał 16 maja zaprezentować się na Stadionie Dziesięciolecia – złożył Pawłowi Autograf na spodzie deski, między kółkami. Po naradzie z kolegami, jak utrwalić niezwykły podpis, Paweł postanowił, że zamaluje napis bezbarwnym lakierem.

Sklep „Street Style” działa od roku – do właściciela nadeszło w tym czasie 1008 listów od chłopców z całego kraju. „Drogi sklepie, ja jestem rudy i mam trochę piegów, dlatego pragnę mieć desko-rolkę. U nas w Bukowcu nie ma drugiego rudego chłopca. Gdyby jeździł, a może i skakał na tej desce, to by mnie wszyscy chłopaki szanowali, a może nawet by podziwiali”.

Nadawcy najczęściej pytają o ceny. Do „decku”, czyli blatu deskorolki 300-900 tys. złotych, trzeba dokupić śruby za 340 tys., cztery kółka po 120 tys., listwy boczne – też za 120 tys., nie mówiąc na przykład o rękawicach za 300 tys. zł. Jerzy Wozdecki tłumaczy wysokie ceny przepisami Urzędu Celnego, który nie traktuje deskorolek jako pozycji celnej „Zabawki na kółkach”, ale jako „Profesjonalny sprzęt wyczynowy”, co podwyższa koszt sprowadzenia desek z Ameryki.

Na tablicy w sklepie, chłopcy przypinają ogłoszenia, że sprzedadzą coś taniej. Rafał Szata („Sprzedam nowe kółka„) ma szesnaście lat, czwartą deskę i będzie technikiem silników lotniczych. Jego szkoła na Okęciu odsprzedała swoją sale gimnastyczną jakiejś firmie, mimo to Rafał uprawia sport na desce; „Deska to życie” – mawia i skacze już na wysokość czterech, ustawionych jedna na drugiej, desek. Rafał Krawczyk („Odstąpię kółka kalifornijskie„) ma trzynaście lat i trzecią deskę – druga wpadła pod samochód. Oprócz skateboardingu, bawi się na komputerze programami kalkulacyjnymi dla budownictwa; dotąd był kiepski z wf, dopiero deska go odmieniła. Deskorolkowcy mają swoją rubrykę w piśmie „Juppi”. Rozważania o plastikowych podstawkach osiek do decku zamieszczane są pomiędzy komiksem pt. „Ecie Pecie” a wierszami o okrucieństwie świata.

Mariusz Szczygieł
(Gazeta Stołeczna na weekend 24.05.1991)

Oficjalna reklama sklepu Street Style, która dołączona była do materiału VHS z relacją z Mistrzostw Świata w Munster.

Bookmark the permalink.

Comments are closed