Skejty na murach

Sławek Bruź i wrzuty "Girl", "Cliche" oraz "Blind" (fot. NN)

Sławek Bruź i wrzuty „Girl”, „Cliche” oraz „Blind” (fot. NN)

Cześć! Naszym pierwszym przystankiem będzie „skatehistoria” zapisana na murach polskich kamienic. Rozsiądźcie się wygodnie, bo tekstu jest sporo, mam jednak nadzieję, że za bardzo Was nie zanudzę.

Deskorolka i graffiti to pojęcia powszechnie znane, wywołujące często skrajne emocje. Z jednej strony coś zupełnie infantylnego, naiwnego, kojarzonego z działaniami wandalizmu i buntem nastolatków. Z drugiej zaś poważna pasja będąca egzotyczną formą spędzania wolnego czasu. Mam tu na myśli oba opisywane zjawiska. Mogą zmienić swój charakter, przez swoiste oswojenie odbiorcy, któremu problem obu tych rzeczy może wydać się łatwiejszy i bardziej klarowny. Moim zadaniem nie jest wartościowanie żadnego z tych zjawisk. Zaprezentuję pewną grupę napisów kojarzonych wyłącznie z kulturą skateboardingu. Dla uściślenia określenie “kultura” swój źródłosłów w tym przypadku wywodzi się od samej grypy deskorolkowców (z resztą większość tego typu grup określa się w ten sposób). Ja jednak będąc zgodnym z naukowo przyjętymi zasadami, będę posiłkował się określeniem subkultura, która w swej nazwie zawiera cały sens znaczeniowy. Zatem tematem niniejszych rozważań będą deskorolkowe napisy, ich charakterystyka i miejsce pośród innych haseł na polskich ścianach i murach z czasów przemian ustrojowych. Spróbuję wyjaśnić ideę jazdy na deskorolce, o ile można to nazwać ideą lub bardziej sensem jazdy jako formy spędzania wolnego czasu i określę miejsce tej subkultury w przestrzeni miejskiej i mimo że jasno deklaruję nie wartościowanie żadnego ze zjawisk, to jednak postawiłem sobie za cel, oswojenie odbiorcy z czymś co wydaje nam się doskonale znane, lecz tak naprawdę uprzedzone jest powszechnymi stereotypami.

Zanim przejdę do sedna, pozwolę sobie na chwilę dygresji i spróbuję scharakteryzować  samą nazwę “deskorolka”. Według Słownika Języka Polskiego, deskorolka to wąska deska z czterema rolkami, na której można jeździć i wykonywać ewolucje. Nie natrafiłem nigdzie na genezę i autora nazwy deskorolka. Wydawać by się mogło, że nie jest to takie istotne. Jednak jak się zaraz okaże stanowi, obok min. nazwy “pocztówka”, wyjątkowy przykład nazywania obcego przedmiotu własnym, nowym słowem. Nazwa “deskorolka” jest równie unikatowa co oryginalna nazwa skateboard, a po przyjrzeniu się bliżej tej nazwie w innych europejskich językach, można zauważyć, że w zaledwie siedmiu inny krajach, jest ona inna, niż pierwowzór w języku angielskim.

KONIO-SKETJ (fot. Polskie mury - sztuka czy wandalizm, Warszawa 1991)

KONIO-SKETJ (fot. Polskie mury – sztuka czy wandalizm,
Warszawa 1991)

Historia polskiej jazdy na deskorolce sięga przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to na naszych rodzimych ulicach pojawiły się wąskie i modne dla tamtego okresu deskorolki slalomowe. Były one głownie kojarzone z ciekawostką pochodzącą zza zachodniej granicy, niż z czymś co by mogło na trwałe zapisać się w miejskim krajobrazie. Prawdziwym przełomem okazał się dopiero schyłkowy okres dekady lat osiemdziesiątych, gdy na polskim rynku zaczęły pojawiać się różne artefakty amerykańskiego stylu życia, w tym deskorolki. Niemalże każda rzecz przywieziona zza granicy stawała się obiektem szacunku i wyznacznikiem mody. Podobnie było z deskorolkami, które szybko znalazły swoich pierwszych amatorów. Gdyby nie ich skrupulatna dociekliwość i chęć zgłębienia esencji skateboardingu, to myślę, że na prawdziwy deskorolkowy “boom” musielibyśmy poczekać przynajmniej dziesięć lat dłużej, a kto wie czy w ogóle by to nastąpiło. W każdy razie owa ciekawość zaowocowała pełniejszym zgłębieniem wiedzy na temat tzw. “kultury skateboardingu”, której głównym wyznacznikiem stanowiły oczywiście działania w Stanach Zjednoczonych. To właśnie pojawienie się pierwszych zagranicznych pism, filmów, pierwsze zawody w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie oraz przyjazdy znanych gwiazd skateboardingu zadecydowały o identyfikacji i samookreśleniu się naszych pierwszych nadwiślańskich skate’ów. Myślę, że od tego momentu można zaobserwować wzmożone i świadome działania tejże grupy, w tym w sferze graffiti. Owa sfera ograniczona została jedynie do indywidualnych i rozumianych jedynie wewnątrz tej grupy haseł i znaków. Mury stały się dla nich nośnikiem ich własnego socjolektu, który dla niewtajemniczonych był czymś zupełnie nieznanym. Umiejętnie wplatane w polskie słowa, angielskie zwroty dotyczące ewolucji wykonywanych na deskorolkach, przeszkód i miejsc chętnie odwiedzanych przez skate’ów, swe odbicie znalazły na wspomnianych już wcześniej ścianach. Do tego można jeszcze doliczyć fascynację amerykańskimi filmami deskorolkowymi, które dla każdego deskorolkowca są wyznacznikiem jego własnego stylu, który opiera na charakterze danej marki. Stąd pojawiające się również hasła oraz znaki związane z ulubionym producentem sprzętu deskorolkowego.

SK8 CZEŚĆ! (fot. Polskie mury - sztuka czy wandalizm, Warszawa 1991)

SK8 CZEŚĆ! (fot. Polskie mury – sztuka czy wandalizm, Warszawa 1991)

W tym właśnie momencie przechodzimy do sedna sprawy. Otóż kształtujące się polskie graffiti, po dosyć burzliwym okresie Polski Ludowej, przebiegunowało swój obszar działania. To nie walka z niewygodną władzą stała się tematem przewodnim haseł pisanych na murach polskich miast. Polityka odeszła na drugi plan, a jej miejsce zajęły hasła związane z aktualnymi problemami. Zaczęły pojawiać się inne tematy, takie jak dystans do zamiaru wprowadzenia religii do szkół, ekspresyjne poglądy antyklerykalne, antynazistowskie czy związane z ruchem ekologicznym, hasła w obronie zwierząt. Polskie mury nie były już nośnikiem sprzeciwu wobec aktualnej władzy, raczej ją ośmieszały, a co najważniejsze stały się zwulgaryzowanym przykładem hydeparku, gdzie nawet zwykłe hasło dupa miało rację bytu. Po kłopotliwym okresie deficytu na farby w sprayu (odnaleźć zin), do którego dochodził oficjalny zakaz z ich korzystania, nastąpił stopniowy proces renesansu farby w puszce. Bardzo modnym, w tamtym okresie, sposobem wyrażania swoich myśli, były graffiti szablonowe, które stały się dominującym elementem pejzażu polskich miast początku lat dziewięćdziesiątych. Wszechobecne niemalże na każdym kroku znaki i hasła nie pozwalały zwykłemu obywatelowi przejść obok nich obojętnie. Pojawiały się wszędzie, na dworcach, w przejściach podziemnych oraz na zwykłych murach szarych kamienic jeszcze bardziej szarej Polski. W związku z tym stały się doskonałym środkiem przekazu poglądów ludzi chcących dostrzeżenia swych racji. Zaczęły wiązać się tematyczne grupy miejskich działaczy i artystów, nazywane frontami. Zaliczyć do nich można było Animal Liberation Front czy Agnostic Front, przy czym każda z nich miała swój unikalny symbol lub hasło, z którym się utożsamiała. 

SKATE FRONT (fot. Polskie mury - sztuka czy wandalizm, Warszawa 1991)

SKATE FRONT (fot. Polskie mury – sztuka czy wandalizm, Warszawa 1991)

Wiele z nich łączyło się w większe, które wiązało nie tylko mazanie po murach, były krótko mówiąc skupiskiem ludzi o podobnym światopoglądzie. Podobnie było w subkulturze deskorolkowców, wewnątrz których również pojawiły się mniejsze i bardziej ukierunkowane podgrupy – fronty.

Z relacji Mateusza Szlachtycza, jednego z legendarnych warszawskich skejtów. W stolicy funkcjonowały trzy główne fronty: Skate Punk, Psycho Skaters i Skate Front, do której osobiście należał. Podobnie jak wiele współczesnych grup, te również opierały się na muzyce punk, która była doskonałym odzwierciedleniem ówczesnej rzeczywistości. Każdy miał szablony i jak wspomina w Mateusz Szlachtycz:

“Każdy miał szablony, chodziliśmy po mieście i szprejowaliśmy. Kiedyś wyszedłem w nocy z psem, na rowerze. Zacząłem robić szablon na stacji benzynowej przy Malczewskiego. Trupia czaszka i napis SK8 Front. Pojawili się milicjanci, chciałem uciekać, ale zaplątałem się w psa. Powiedziałem, że jeżdżę na deskorolce i to, co robię, to propaganda skejtowa. Trupia czaszka to ma być propaganda? Zaczęli kombinować i wyszło im, że SK8, to 88, a więc „Solidarność”. Dostałem kolegium.”

(z artykułu Alexa Kłosia – „Pod dworcem, kościołem, pomnikiem. Pierwsi skejterzy” Gazeta Stołeczna, 04.09.2011)

Innym bardzo ciekawym spojrzeniem na historię warszawskich skate-graffiti są wspomnienia Cichego z legendarnej KoBe Crew, która, jak się przyjmuje, była pierwszą taką ekipą w stolicy.

W podstawówce rysowałem z kumplami kolorową kredą nazwy zespołów. (…) Cała zabawa zaczęła się mniej więcej w osiemdziesiątym czwartym roku. Później zapoznałem się z ludźmi jeżdżącymi na deskach, którzy robili szablony i pisali na ścianach SK8. (…) Jak pierwszy raz zobaczyłem taki napis, nie wiedziałem, o co chodzi. Dopiero później wytłumaczyli mi, że to gra słów. (…) Kiedy postanowiłem ze znajomymi połączyć nasze siły z SK8, po prostu napisaliśmy wiadomość na murze, obok którego, jak sądziliśmy, często przechodzili. Brzmiała mniej więcej tak: SK8, połączmy nasze siły, o 18.00 w przyszły czwartek bądźcie tu i tu. O umówionej porze w wyznaczonym miejscu czekałem z chłopakami. Obawialiśmy się, że może przyjść milicja i nas zgarnąć, ale koniec końców przyszli deskorolkowcy. (…) W bodajże osiemdziesiątym ósmym roku przez parę tygodni zbieraliśmy się pod Dworcem Centralnym. To było o tyle dobre miejsce, że bez problemów mogli tam dotrzeć chłopaki z całej Warszawy. Odkryłem kontakt w ścianie, pewnie przeznaczony dla jakiegoś sprzątacza pod odkurzacz i podczepialiśmy pod niego duży magnetofon, popularny Ghetto Blaster. W pewnym momencie jednak nas stamtąd przegonili – deskorolkowców było coraz więcej, jeździli nawet po hali głównej, taranowali ludzi…

(z wywiadu Jacka Balińskiego, “Deskorolka z Berlina, czechosłowacki spray i Kangurek Hip-Hop – wywiad z Cichym (KoBe Crew)”,sulw2011.wordpress.com, grudzień 2012)

Inny deskorolkowiec, Pior Dabov, przedstawiciel łódzkich skejtów, tak oto wspomina swoje pierwsze wpisy:

To nie było graffiti jakie znamy obecnie. To były napisy malowane na ścianach przy miejscówkach, na których jeździliśmy. Pierwszym takim miejscem była biblioteka ASP w Łodzi, na której pisaliśmy nasze hasła. Były to ŁÓDŹ SKATE BRIGADE i GDZIE JEST LAURA PALMER. Inne tego typu napisy, które pamiętam, to SKATE OR DIE, SK8, POWELL PERALLTA z czaszką i SKATE RATS. Mazaliśmy w większej grupie, oczywiście byli to deskorolkowcy, wraz z którymi stanowiliśmy pierwszą łódzką brygadę. Nigdy nie walczyliśmy z innymi grupami, nie zamalowywaliśmy ich napisów, a nasze wrzuty powstawały wyłącznie w miejscach, w których jeździliśmy. Z racji tego, że od samego początku wiązaliśmy się z grupami punków, nasze napisy nie były kolorowe.

W późniejszym czasie deskorolkowe symbole i hasła przenieśli na swoje ciała w formie tatuaży.

Chocolate na kaliskim Blaszaku

Chocolate na kaliskim Blaszaku (fot. S. Bruź)

W trzecim opisywanym przeze mnie mieście, Kaliszu, sytuacja wyglądała podobnie co w Łodzi. Tworząca się wówczas grupa, tak jak poprzednie, opierała się na korzeniach punkowych. Istniała tam jedna z pierwszych polskich grup deskorolkowych, czyli Kalisz Skate Brigade, którego nazwa jest również tytułem historycznego już filmu z tego miasta. Tamtejsi deskorolkowcy oprócz napisów i szablonów, stosowali również wlepki z hasłem “SKATE ZONE”. Interesującym przykładem wczesnych deskorolkowych graffiti są kaliskie przykłady napisów utrzymane w stylistyce “Wild Style”. Powstawały one na ścianach popularnego Blaszaka, który przez wiele lat uważany był za najważniejsze miejsce spotkań kaliskich skejtów. Jak wspomina Sławek Bruź, jeden z pierwszych tamtejszych deskorolkowców, na ścianach blaszaka powstawało wiele napisów związanych z deskorolkowymi firmami, np. CHOCOLATE lub REAL.

Z obserwacji trzech wyżej wymienionych miast, możemy dojść do wniosku, że niemalże w  każdym z nich pojawiały się wszystkie opisane przeze mnie typy napisów i symboli. W ten oto sposób kształtuje się obraz początków polskiej deskorolki, udokumentowany w formie czarno-białych fotografii i wspomnień. Obraz grupy, która obecnie stanowi ogólnokrajową całość, dawniej o charakterze słabo powiązanych ze sobą elementów skejtowej układanki. W końcu obraz grupy, która wciąż wydaje się nam obca i niezrozumiała, bo przecież jak zauważył Albert Camus: „człowiek zawsze ma przesadne wyobrażenie o tym czego nie zna”.

ŁELKOM IN ŁORSOŁ (fot. Polskie mury - sztuka czy wandalizm, Warszawa 1991)

ŁELKOM IN ŁORSOŁ (fot. Polskie mury – sztuka czy wandalizm, Warszawa 1991)




Bookmark the permalink.

Comments are closed