Skateboat, tajemnice łódzkiej sceny

Pamiętam, że gdy w sieci pojawiły się pierwsze informacje o powstaniu Skateboat, wiedziałem że będzie to wyjątkowy film. Początkowe trailery i przecieki z planu sprawiały,  że wokół niego powoli rodziła się taka aura tajemniczości. Film miał być inny niż wszystkie pozostałe. Nie był kręcony przez skejtów, a jedynie przy ich współudziale. Za realizację odpowiadali filmowcy i studenci związani z łódzką filmówką, pod kierownictwem islandzkiego reżysera Haukura M. Hrafnssona. Nie było wyjścia, ten film musiał się udać. Jednak nie jestem do końca przekonany, czy faktycznie tak się stało. Z jednej strony jest w nim wszystko co być powinno. Brud i syf łódzkich ulic, tamtejsi skejci i masa wspomnień chłopaków ze „starej szkoły”.  Rozczarowało mnie to, co w rzeczywistości powinno być mocną stroną, a mianowicie historia, której w tym filmie zabrakło. Zabrakło konkretnego jej poprowadzenia, a przecież, jak sami twórcy filmu zapowiadali, będzie to pierwszy film o historii łódzkiej deskorolki.

Skateboat swoją formą bardziej przypomina klasyczny film deskorolkowy, niż typowy dokument. Z całości wyróżnia się pięć głównych partów. Część pierwsza przypomina skejtowy chaos – czyli obowiązkowy element każdego skatevideo. Autorzy filmu atakują nas licznymi wypowiedziami współczesnych skejtów (jednak bez żadnego odniesienia do przeszłości) i pokrótce zarysowują charakter tamtejszej sceny. Część druga, rzuca widza, jakby do zupełnie innej sali tego samego muzeum. Poznajemy początki BurakSkateShopu, o którym opowiada żona nieżyjącego już pana Burakowskiego oraz „Rydzu”. Bum! I po kilku minutach, ciekawej, wciągającej, lecz niepotrzebnie krótkiej historii, nagle skaczemy ze schodów z Mixerem. Poznajemy jego talent i ludzi, którzy towarzyszyli mu w deskorolkowej eksploracji Łodzi. W części czwartej do głosu zostają dopuszczeni niemalże wszyscy starzy wyjadacze i każdy z nich opowiada o swoich początkach. Dowiadujemy się czym dla ówczesnych skejtów były deski i z czym ostatecznie przegrały. Zdaniem Bartka Milczarka, którego słowa kończą wypowiedzi skejtów, wszystko sprowadza się do zniszczenia i hasła „SKATE & DESTORY”, którego przedłużenie mamy w ostatniej części filmu, czyli typowego deskorolkowego chaosu, dosłownie rozwalającego na łopatki każdego entuzjastę deskorolki.

W filmie wypowiada się sporo tamtejszych „dinozaurów”, którzy mają do powiedzenia masę ważnych rzeczy. Niestety wydaje mi się, że to co mówią, ginie w natłoku licznych epizodów, które nie wynikają same z siebie, a jedynie po sobie następują, nie pozwalając wczuć się w konkretne sytuacje i wydarzenia.  Jednak nie ma co narzekać, bo bez względu na wszystko, twórcom tego filmu należy się wielka piątka za próbę podjęcia się tak trudnego tematu. Kto, jak kto, ale my skejci doskonale wiemy, że opisanie naszego środowiska przez osoby z zewnątrz jest trudniejsze, niż mogłoby się to wydawać. Dlatego jeśli kiedyś jakimś cudem natraficie na płytkę z tym filmem to koniecznie go obejrzyjcie.

Bookmark the permalink.

Comments are closed